RECENZJA: BLAWAN – WET WILL ALWAYS DRY

Miłosz Karbowski 

RECENZJA: BLAWAN – WET WILL ALWAYS DRY

Był 2014 rok. Dour Festival – impreza w południowej, francuskojęzycznej części Belgii.  Blawan, wtedy już całkiem znany w branży, chociaż nadal daleki od statusu „gwiazdy” wieczoru, w festiwalowym grafiku znalazł się między Boddiką a czarodziejem z Detroit – Jeffem Millsem. Wymagające towarzystwo. Ale Jamie Roberts bez najmniejszych kompleksów zamiótł swoim setem jednego i drugiego (i nie byłem w tym odczuciu odosobniony).

Cztery lata później, już jako mieszkaniec (a jakże!) Berlina, wydał we własnej wytwórni Ternesc album, którego zazdrości mu całe undergroundowe środowisko. Ścieżka do tego miejsca była jednak bardzo wyboista. Blawan po drodze musiał walczyć nie tylko z blokadą twórczą, ale też własnym organizmem i przewlekłą chorobą. Teraz jest mocniejszy, niż kiedykolwiek wcześniej, chociaż kiedy kilka lat temu zaczął włączać syntezatorowe partie do swojej muzyki, wiele osób było skłonnych postawić na nim krzyżyk. Jamie Roberts uczynił jednak modulary swoim znakiem rozpoznawczym. I chwała mu za to.
Jakkolwiek zabawnie nie brzmiałoby słowo debiut w przypadku tak doświadczonego artysty, „Wet Will Always Dry” jest pierwszym długogrającym albumem w dyskografii brytyjskiego producenta. To także pierwszy materiał, w którym tak wyraźnie można odczuć, jak wiele dała Blawanowi współpraca i przyjaźń z Surgeonem. Zestawiając „Wet Will Always Dry” z ubiegłorocznym wydawnictwem Blawana „Nutrition” trudno nie ulec wrażeniu, że Roberts w końcu zrzucił skorupę powściągliwości i poszedł o krok dalej, stawiając na surowość i pełną bezkompromisowość brzmienia. Już pierwsze minuty albumu udowadniają, że wszyscy, którzy wieścili koniec techno jako gatunku nie mieli racji. Techno poszukujące nigdy nie umrze i ogromna w tym rola postaci takich jak Blawan. „Careless” i „Tasser” to kawałki, które przenoszą słuchacza w zupełnie inny świat. To zupełnie nowa liga, w której, mam nadzieję, że już niedługo, idąc za przykładem, zagrają z Blawanem kolejni twórcy.

„Wet Will Always Dry” nie daje chwili na złapanie oddechu. To intensywne, mocne techno od początku do końca – bez przerywników, przydługich wstawek i ambientowych rozmyć. Blawan oczywiście nie daje zapomnieć o syntezatorach modularnych, z których, jak sam przyznaje, nauczył się w pełni świadomie korzystać dopiero dwa – trzy lata temu.  Bez ich udziału kawałek „North” byłby zwykłym techno trackiem 4/4, a synteza z użyciem wielometrowych zwojów kabli nadała mu niepowtarzalną tożsamość. Co ciekawe, w kilku miejscach albumu pojawiają się też przetworzone wokalizy Blawana. A mówili, że do techno nie da się śpiewać... 
Hurraoptymistyczne nastroje nieco studzi „Stell”, który jako jedyny spośród ośmiu zebranych na płycie utworów nie intryguje i ma dość przewidywalną strukturę. To absolutnie nie zarzut, bo w każdym materiale któryś fragment będzie tym najsłabszym. A i tego kawałka zapewne nie powstydziłaby się spora część muzycznego środowiska. Na szczęście następujący po nim „Kalosi” pozwala szybko wrócić do pierwotnego tempa. I tak docieramy do ostatniego na liście „Nims”, w którym temperaturę podbija szalony rytm rodem z kipiących żarem produkcji z rejonów batidy/kuduro czy gqomu. To chyba największe zaskoczenie całego materiału, bo o takie inklinacje chyba mało kto posądziłby właśnie Blawana. 
Naprawdę rzadko zdarza się, by cały album, grany od A do Z, był w stanie ustawić klubową imprezę. A mam nieodparte wrażenie, że „Wet Will Always Dry” byłby w stanie to zrobić. Klubowy potencjał nowego materiału Blawana na pewno jeszcze  rozrośnie się w wydaniu live. Tym bardziej, że akurat jego trudno byłoby posądzić o próby wiernego odwzorowania na żywo kompozycji z albumu. Najbliższa okazja by to sprawdzić już w październiku na krakowskim Unsoundzie. Do zobaczenia!


banery-wrzesień-4.jpg
Na Twój adres e-mail została wysłana prośba o potwierdzenie subskrypcji.
Potwierdzając subskrypcję wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych w celu otrzymywania treści publikowanych w serwisie.