Techno transcendentalne. 

Artur Szatkowski

Techno transcendentalne. 

Gdy dowiedziałem się parę miesięcy temu o zbliżającym się nowym LP od Surgeona, byłem mocno zaskoczony – artysta zwykł od dawna przyzwyczajać do długich przerw pomiędzy swoimi albumami (rekordowo – między „Body Request” a „Breaking the Frame” upłynęło 9 lat. Tym większa niespodzianka, gdy po wydanym zaledwie dwa lata temu „From the Farthest Known Objects” zapowiedziano „Luminosity Device”.

Być może biorąc pod uwagę płodny okres w jego twórczości (kilka EP, dwa wydane pod własnym nazwiskiem albumy z nagranymi na Hawajach ambientowymi dronami, nowy projekt Transcendence Orchestra) można się było tego spodziewać.

Ekscytacji towarzyszyła niepewność: o ile jako ultra-fan muzyki Tony’ego znam praktycznie całą jego twórczość na pamięć, o tyle jego poprzedni album, mimo kilku niewątpliwie doskonałych momentów, był zdecydowanie najsłabszym w jego karierze. Mam wrażenie, że zabawa z syntezatorami modularnymi na tyle pochłonęła artystę, że gdzieś zgubił w niej to, co zawsze było esencją jego brzmienia. Z drugiej strony, wszystkie trzy poprzedzające „Luminosity Device” EP należą do najlepszych w jego karierze. Na szczęście wszyscy, którzy jeszcze nie słuchali albumu, mogą odetchnąć z ulgą – to naprawdę rewelacyjna rzecz. Na pewno nie najlepsza, jaka wyszła spod ręki artysty – ale słuchanie jej gwarantuje dźwiękowe doznania najwyższej klasy.
Surgeon Yak Journal 2.jpg
Już na pierwszy rzut oka ciekawość zwraca zaprojektowana przez wieloletnią współpracowniczkę załogi z Birmingham okładka, na której po raz pierwszy w historii widnieje sam Tony. Nie jest to jednak znak ruchu w stronę egocentryzmu – jakże popularnego ostatnimi czasy wśród zakochanych w sobie techno artystów: album zainspirowany jest „Bardo Thodol: Tybetańską Księgą Życia i Umierania”, w której jednym z kluczowych motywów jest śmierć ego. Do księgi nawiązują tytuły poszczególnych utworów, ale przez cały album wybrzmiewa poczucie transcendencji – przekraczania granic w tym, co nazywamy techno.

Od zawsze byłem przeciwny nazywaniem muzyki Surgeona „ciężką” czy „mroczną” – zawsze dużo bardziej na miejscu wydawały mi się określenia „intensywna” i „transcendentna” właśnie. I gdy kilka tygodni temu miałem okazję spotkać się z Tonym przy kolacji, rozmawialiśmy m.in. właśnie o tym: jak bardzo etykieta dark techno nie pasuje do jego twórczości. Oczywiście, trudno tu szukać radosnych melodii rodem z Ibizy – to nadal skupiona i poważna muzyka, jej motywem przewodnim wydaje się jednak być tytułowe światło. Na albumie dominują wykorzystujące efekt bramkowania syntezatory o jasnych, przenikliwych barwach, które kontrastują z dość ciężkim zazwyczaj groove i dają efekt sonicznej iluminacji. Całość, jak zawsze w wypadku jego albumów spełni się dwojako: zarówno w klubach – bo to nadal muzyka o olbrzymiej dynamice – jak i słuchane w samotności, w domowych głośnikach czy słuchawkach. Ja zdecydowanie preferują tę długą wersję – bo dzięki niej mogę skupić się na każdym niuansie płyty. A jest ich całe mnóstwo.
Najmocniejsze momenty na płycie to te stricte klubowe: „Earth-Sinking-Into-Water”, „Eight Wrathful Deities” czy „The Etheirc Body”. Niestety, jeśli chodzi o te mniej klubowe fragmenty jestem nieco rozczarowany: zwłaszcza po doskonałym „Breaking the Frame” z 2011 roku, na którym to te nie-taneczne utwory (zwłaszcza te nawiązujące do minimalistycznej szkoły La Monte Younga) były najmocniejszymi punktami na płycie. Tutaj czegoś mi zabrakło, jednak to nadal kawał doskonałej muzyki. W zalewie nudnego i cholernie wtórnego drono-transowego „mrocznego techno” „Luminosity Device” brzmi jak wybawienie i prawdziwy krok naprzód.
W skali Surgeona – 8/10.
W skali muzyki w ogóle: 11/10.
Powiązane artykuły
RECENZJA: BLAWAN – WET WILL ALWAYS DRY

Był 2014 rok. Dour Festival – impreza w południowej, francuskojęzycznej części Belgii.  Blawan, wtedy już całkiem znany w branży, chociaż nadal daleki od statusu „gwiazdy” wieczoru, w festiwalowym grafiku znalazł się między Boddiką a czarodziejem z Detroit – Jeffem Millsem. Wymagające towarzystwo. Ale Jamie Roberts bez najmniejszych kompleksów zamiótł swoim setem jednego i drugiego (i nie byłem w tym odczuciu odosobniony).
Manni Dee / „The Residue” / Tresor 2018

Wydawałoby się, że industrial umarł.
B E Z K O M P R O M I S O W O Ś Ć.

Włączyłem adapter. Położyłem płytę na talerzu. Wcisnąłem play. I od razu pomyślałem, nie pierwszy raz: sztuka nie może uznawać kompromisów. 
Tensal - Graphical

Hector Sandoval to stary wyga. Działa na rynku już lat kilkanaście pod własnym nazwiskiem, kolaborując z kolegami oraz pod głównym pseudo Tensal. Zaczynał od funkcjonalnego tech-house gdzie szlifował warsztat [ spółka Corujo & Sandoval ]. Później przyszła fascynacja cięższym brzmieniem o różnej palecie barw brzmieniowych [ duet Exium ]. W międzyczasie objawił się solowy projekt Tensal. Zaczęło się od sukcesu wydanych przez własny label o tej samej nazwie płytek, które narobiły sporo zamieszania w klubowym środowisku.
Na Twój adres e-mail została wysłana prośba o potwierdzenie subskrypcji.
Potwierdzając subskrypcję wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych w celu otrzymywania treści publikowanych w serwisie.